Cieszyńskie początki pisarstwa Kornela Filipowicza

W piątek 6 marca o godz. 17.00 w Sali konferencyjnej Książnicy Cieszyńskiej odbędzie się spotkanie poświęcone cieszyńskim początkom twórczości pisarskiej Kornela Filipowicza. Pochodzące z lat trzydziestych, a powstałe w Cieszynie teksty pisarza przedstawi Zbigniew Machej, którego prezentację zilustruje interpretacja wybranych fragmentów utworów Kornela Filipowicza w wykonaniu Bogusława Słupczyńskiego.

Przed literaturą broniłem się wszystkimi siłami – wspominał Kornel Filipowicz w pogadance radiowej wygłoszonej latem 1948 roku – Robiłem wszystko, aby jej uniknąć – niby jakiejś zgubnej namiętności. Począwszy od wstąpienia do gimnazjum matematyczno-przyrodniczego zamiast humanistycznego. Zdawszy maturę wybrałem jako przedmiot studiów biologię – zamiast literatury, jakby w nadziei, że ujdę swojemu przeznaczeniu.

Jednak trudno było młodemu Kornelowi Filipowiczowi obronić się przed literaturą i ujść swojemu przeznaczeniu skoro w wybranej przez niego szkole średniej czyli w cieszyńskim Państwowym Gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczym jego nauczycielem polonistą, a w dodatku  wychowawcą, był Julian Przyboś. Ani Przyboś, ani Filipowicz nie byli rodowitymi cieszyniakami. Czołowy poeta krakowskiej Awangardy przeprowadził się do Cieszyna w lecie 1927 roku aby w tym mieście podjąć pracę nauczycielską. Pochodząca z Podola rodzina Kornela Filipowicza po kilkuletniej tułaczce związanej z I wojną światową i rewolucją bolszewicką w Rosji, osiadła w Cieszynie 1923 roku. To stare, śląskie miasteczko położone na skraju Bramy Morawskiej nad rzeką Olzą u podnóża Beskidu, niegdyś stolica piastowskiego, a później habsburskiego Księstwa Cieszyńskiego, zaledwie trzy lata wcześniej  wskutek międzynarodowego arbitrażu  i  decyzją Rady Ambasadorów podjętą w Paryżu zostało podzielone pomiędzy Polskę i Czechosłowację. Przepływająca przez miasto Olza stała się rzeką graniczną a lewobrzeżna, starsza część miasta miastem granicznym na południowo-zachodnich rubieżach II Rzeczypospolitej.

Zarówno  Kornel Wiktor Filipowicz, ojciec przyszłego pisarza, zatrudniony w cieszyńskim magistracie, jak i Julian Przyboś, który  był  w Cieszynie gimnazjalnym nauczycielem,  zamieszkali w tym mieście zaledwie kilka lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, aby tu, na przywróconym – jak to ujmowała ówczesna patriotyczna retoryka – do Macierzy Śląsku, budować instytucje II Rzeczypospolitej i wzmacniać polskiego ducha. Ładne jest miasto, które ojciec obiecał dla nas znaleźć – pisał później Filipowicz w opowiadaniu „Ziemia obiecana”. Lecz matka dziesięcioletniego bohatera tego opowiadania trochę marudziła. Bo co innego ładne miasto, a co innego jego mieszkańcy. W ogóle tu ludzie są całkiem inni jak u nas. Mówią tak, że czasem nie można zrozumieć, o co chodzi. Będzie nam się trudno zżyć z tymi ludźmi i przywiązać do ich świata. Oni są całkiem inni jak ludzie wschodu. Są gburowaci, wyrachowani, a przy tym pozbawieni fantazji.

Do diabła z naszą wschodnią fantazją! Tu jest za to elektryczność i wodociąg. A ludzie są wszędzie jednakowi. Może tutejsi ludzie mają mniej poczucia humoru – ale za to na pewno więcej poczucia rzeczywistości. Są uczciwi, solidni, wiadomo, czego się po nich spodziewać .

fragment eseju Zbigniewa Macheja

 

 

Sierżant Ryszka prowadził o tej porze kompanię z ćwiczeń do koszar. Nie był to Ryszka zwycięski, lecz ociekający potem i brnący codziennym, niemal domowym krokiem po lekkiej pochyłości ulicy, która stawała się nieznośna w takie gorące dnie jak dzisiaj. Tylko na skrzyżowaniach ulic stawał się na moment tym czym powinien być dla pierwszej czwórki: ostrzem stalowego cyrkla, który wykreśla jego jedyną i prawdziwą drogę. Ryszka wykręca kompanię, przerzuca ją z jednej strony ulicy na drugą, przepuszcza wozy i auta, kłania się z uśmiechem znajomym, tym życzliwym, nie wojskowym uśmiechem, który ma już dużo z uścisku dłoni i czuje ciężar czwórek na swoich ramionach jako coś jednak dość przyjemnego. Odmienił się już nieco ociężale na ostatnim skręcie, przez ramię zobaczył kelnerkę zasuwającą jakoś dziwnie żółte firanki w oknie narożnej restauracji, przeszedł na prawą stronę aż pod sam trotuar i był już na swojej ulicy. Zaraz też ukłonił się z okna niskiego domku Piekacz (poufale przykładając całą rękę do łysej głowy) z milczącą zapowiedzią wieczornego bilardu. Za jego domkiem szła fabryka ze zmienną gorliwością obrabiarek na przemian do miękkiego i twardego drzewa. Mijają wywieszki sklepików, krawczyń, szewca, magli, ślusarni, te wszystkie punkty jego kieratu rodzinnego. Właściciele ich są uprzejmi, jeśli nie mają zbytniego natłoku w interesie lub zgoła bezczynnie stoją w drzwiach, witają go radośnie, lecz nie bez znudzenia, wiedzą dobrze, że z Ryszką można przecież spotkać się wszędzie choćby dziś wieczór na bilardzie, jutro w kręgielni, na festynie nad rzeką. Oceniają dwie, trzy pierwsze czwórki, uważne i sztywne, ostatnie rozkołysane dźwiganiem skrzynek z amunicją i podziurawionych kulami nieprzyjaciół z tektury, są nieinteresujące. Jeden jedyny Richter zegarmistrz nie ma szczęścia zauważyć sprawności i dyscypliny czoła kompanii, wyjmuje zbyt późno szkło z zaczerwienionego oka, dostrzega więc tylko płynące na żerdziach tekturowe sylwety wyobrażające nieprzyjaciół. Postacie te mają poszarpane kulami brzuchy, piersi i twarze. Stary Richter kiwa głową, jak gdyby mówił: „Co za celność, co za piekielna celność”. Po czym wraca do swojej małej pulsującej kółkami tarczki. Oto zbliża się szyld z napisem Jan Błahut tapicer i dekorator. Z wymalowanym fotelem o niezmiernie cienkich nóżkach i upiętą draperią. Ryszka przyspiesza kroku, słyszy jak pierwsza czwórka podejmuje jego odruch i jak rytm marszu przełamuje się do ostatnich szeregów. Co on sobie wyobraża. Że można tak zacząć robotę i bez słowa rzucić? Przecież jeszcze otomana nie obciągnięta, a niedziela zachodzi. Oni zawsze odwlekają w nieskończoność, żeby móc sobie liczyć podwójnie. Lecz w końcu kto wymyślił i kto napierał na obciąganie foteli i otomany? Żona. Ta wyblakła, jak gdyby za często myta kobieta o prostych szarych włosach, znienawidzona dostatecznie przez jedenaście lat pożycia. Złość do Błahuta gotowa się zrównoważyć bez reszty tym obrazem, owszem, nawet jakieś lekkie pasemko sympatii czy coś, ale właśnie zbliżają się do koszar i Ryszka musi wydać głośną komendę, nakazującą uwagę i porządkującą kroki tych ludzi poza nim. Diabli nadali skądś ciężkie węglarskie platformy z podskakującymi pustymi koszami i rozkraczonymi woźnicami, które Ryszka musi przepuszczać lewą stroną. Przelatują z piekielnym hałasem żelaziwa, otoczone niską mgiełką czarnego pyłu towarzyszącego roztrzęsionym deskom. Przeciągła komenda ginie w turkocie, karabiny podskakują w kilku pierwszych czwórkach, skutkiem czego rozbawieni porucznicy idący obok trotuarem muszą krzyczeć: „Co jest? Baczność — było.”

K. Filipowicz: „Jan Błahut”, fragment powieści