Głos Wolnej Europy

3 maja 2012 r., dokładnie w sześćdziesiątą rocznicę uruchomienia Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, w siedzibie Senatu RP została zaprezentowana jubileuszowa wystawa planszowa pt. „Głos Wolnej Europy”, prezentująca fenomen tego niezwykle zasłużonego dla walki z reżimem komunistycznym w Polsce medium. W dniach 25-28 września 2012 r., dzięki inicjatywie posłanki Aleksandry Trybuś i Senatora RP Tadeusza Kopcia, gościła ona w Książnicy Cieszyńskiej, a biblioteka tętniła życiem za sprawą licznie ją odwiedzających grup młodzieży szkolnej (w ciągu 4 dni wystawę obejrzało ok. 300 osób!). Miały też miejsce dwa spotkania z wyjątkowymi gośćmi. We wtorek 25 września w mury Książnicy zawitała Barbara Nawratowicz, spikerka RWE z 25-letnim stażem, współzałożycielka i legenda krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”, dzień wcześniej zaś – przy okazji oficjalnego wernisażu – ks. Czesław Nowak, kapelan RWE.

Radio Wolna Europa przez ponad 40 lat (1952-1994) nadawało do Polski zza żelaznej kurtyny, będąc – pomimo prób zagłuszania przez służby bezpieczeństwa – najczęściej słuchaną zagraniczną stacją radiową w kraju. W eter nadawała audycje wielu wybitnych dziennikarzy, publicystów, pisarzy czy działaczy emigracyjnych, podtrzymując w Polakach nadzieję i systematycznie obnażając nieprawidłowości komunistycznej władzy, w ostatecznym rozrachunku zaś – odgrywając istotną rolę w demokratycznych przemianach. Wystawa w atrakcyjny sposób zaprezentowała najciekawsze epizody z bogatej historii Radia. Złożyło się na nią 20 plansz, zawierających zarówno materiały tekstowe (fragmenty wspomnień, dokumentów czy korespondencji), jak i ikonograficzne (zdjęcia, propagandowe ulotki i plakaty) oraz 5 stanowisk audio, przy których przez słuchawki można było posłuchać fragmentów niektórych audycji Radia, np. o tym, w jaki sposób skonstruować antenę przeciw zagłuszaniu sygnału. Nowoczesna, multimedialna forma ekspozycji sprawiła, że z pewnością docenili ją także młodsi odbiorcy.

Równie korzystnie wypada ocenić spotkanie z Barbarą Nawratowicz, na którym pojawiło się ok. trzydziestu gości. Bohaterka okazała się być prawdziwą gwiazdą, zaś przytaczane przez nią barwne dykteryjki i anegdoty prowokowały gwałtowne wybuchy śmiechu na widowni. Największą furorę zrobiła chyba opowieść o jednym z niecenzuralnych numerów „Piwnicy”, robiącym z „Mów przeciwko Katylinie” Cycerona… striptiz polityczny, podczas którego bohaterka zrzucała z siebie kolejne części garderoby tak nieszczęśliwie, że ostatnia wylądowała na… głowie premiera Cyrankiewicza, który bywał wówczas częstym gościem „Piwnicy”. Panowie w ortalionach myśleli, że to zamach! Rzucili się na niego osłonić własnym ciałem! Wyprowadzili go w tych szmatach na głowie. On się śmiał, a ochrona wzięła to na śmiertelnie poważnie – opowiadała ze swadą. Wspominała też, jak gościem „Piwnicy” bywał sam… Karol Wojtyła (jeszcze zanim został biskupem). Nie wszystkie opowieści Barbary Nawratowicz były jednak wesołe – najbardziej pamiętną chwilą w jej pracy dla RWE pozostał zamach bombowy w 1981 r., podczas którego dwie osoby odniosły ciężkie obrażenia. Charyzma i werwa bohaterki spotkania zrobiły na gościach duże wrażenie. Dość powiedzieć, że na pniu rozeszły się wszystkie przywiezione przez nią egzemplarze jej książki „Kabaret Piwnica pod Baranami. Fenomen w Kulturze PRL”.

Dużo bardziej formalna aura towarzyszyła uroczystemu wernisażowi wystawy, który miał miejsce dzień wcześniej i ściągnął do Książnicy przedstawicieli władz miejskich, cieszyńskich instytucji kulturalnych oraz mediów, a przede wszystkim nauczycieli – w sumie prawie czterdzieści osób, które zostały powitane przez organizatorów imprezy. Zaproszony na spotkanie został również Zdzisław Najder, ostatni żyjący dyrektor Polskiej Rozgłośni RWE, który nie mógł się jednak stawić z uwagi na stan zdrowia. Napisał za to list zawierający liczne „cieszyńskie” wątki, który odczytany został przez Senatora RP Aleksandra Świeykowskiego, niegdyś również dziennikarza RWE. Gość specjalny spotkania, ks. Czesław Nowak, otwierając wystawę stwierdził, że środowisko Radia przejęte było etosem walki o niepodległość Polski, a zespół jego dziennikarzy stanowili prawdziwi ideowcy – nieraz ludzie po obozach koncentracyjnych, służbie w Armii Krajowej lub Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, którzy postawili sobie za cel przełamać monopol informacyjny państwa i walczyć o niepodległość myśli. W ten sposób redakcja w liczbie 25-30 osób wpływała na nastroje trzydziestu kilku milionów oraz władzy.

Wizytom gości honorowych towarzyszyły miłe niespodzianki w postaci spotkań po latach z dawnymi przyjaciółmi z RWE – zarówno pierwszego, jak i drugiego dnia na sali obecni byli Alfred Znamierowski (heraldyk i weksylolog, autor m.in. książki Pieczęcie i herby Śląska Cieszyńskiego) i Stanisław Deja (wybitny pianista), którzy uzupełnili narrację o garść swoich refleksji. Podczas wernisażu podniesiono również temat istnienia w internecie w zdigitalizowanej formie ok. 30% wszystkich audycji RWE. Dla zainteresowanych wystawa może być więc tylko zaproszeniem do dłuższej wycieczki przez „żelazną kurtynę”. Na szczęście już tylko historycznej.

Wojciech Święs

 

 

List Zdzisława Najdera do uczestników cieszyńskiego spotkania

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku – przypominam młodzieży, że żyliśmy wtedy w PRL, „najwygodniejszym”, jak głosiło powiedzenie, „baraku w obozie socjalistycznym” (który z socjalizmem miał mało wspólnego) – przekraczałem kilkakrotnie granicę Polski w Cieszynie. Zawsze było to przeżycie przykre, z jedne strony denerwujące, z drugiej smutne. Niezależnie od tego, czy się coś przemycało (z Polski nic, z Zachodu na przykład matryce do powielacza, pod akumulatorem, albo farbę drukarską, w puszkach po oleju samochodowym, który był w Polsce namiętnie poszukiwany) – czy nie. Przy wyjeździe polskie („ludowe”) Wojsko Ochrony Pogranicza oraz celnicy traktowali nas w sposób trudny do przewidzenia. Nie wiadomo było, czy do Władzy należy podchodzić z przymilną pokorą (jak do cesarza, który może oberwać głowę, albo okazać wspaniałomyślność) czy na wesoło (no trudno, wszyscy musimy grać swoje role). Na szczęście służbiści-ponuracy trafiali się bardzo rzadko. Tak czy inaczej, czekanie w ogonku było smutne. Sznur “maluchów”, Wartburgów i Skód, przetkany eleganckimi Volkswagenami czy Fiatami, wił się przez miłe ale prawie wymarłe uliczki miasta, które historia okrutnie wepchnęła do kąta. No więc to tak wygląda granica, tak smętnie spotykają się bratnie kraje…

Czechosłowaccy bracia wprowadzali zawsze składnik groteski. Przede wszystkim byli zirytowani faktem, że oto ktoś się przez granicę pałęta. A jeżeli dawał najmniejszy pretekst do zdwojonej czujności (na przykład wiózł więcej, niż trzy książki, albo ani butelki “Wyborowej”), to trzeba mu się było starannie przyjrzeć, sprawdzić, czy to naprawdę książki a nie coś gorszego i czy nie są wywrotowe. Więc musiało się wykładać całą zawartość bagażnika na wielkie ławy i czekać super-kontrolera.

W drodze powrotnej czechosłowaccy bracia byli łagodniejsi (mieli potencjalnego wroga ludu z głowy), a rodacy bardziej podejrzliwi. Jak to: nie ma alkoholi, ani papierosów?

A potem znowu przejazd przez ładne i smutne miasto. Gdyby komuś przyszło wtedy do głowy tam przenocować, czekały go przeżycia niezapomniane i ponure.

I oto 9 lutego 1990 roku, dwa tygodnie po zawiadomieniu mnie, że już nie jestem zbrodniarzem, bo wycofano oskarżenie o zdradę państwa a tym samym anulowano wyrok śmierci, i po uroczystym przywróceniu polskiego obywatelstwa – znalazłem się, razem z żoną, znowu na granicy w Cieszynie.

Podjeżdżamy przed piętnastą. Gigantyczny ogon, który posuwa się sporymi skokami. Po godzinie, kiedy już widzimy w oddali granicę, zbliża się do naszego renault 18 porucznik WOPu, który przygląda się samochodowi. Mija nas, wraca, pyta, jaki mam paszport, a potem czy jestem Zdzisławem Najderem. Przyznaję się. Wtedy – och, jak pięknie! – uśmiecha się, zaprasza, żeby podjechać bokiem i życzliwie zapewnia, że gdybym się zgłosił, nie musiałbym tak długo czekać. Okazuje się, że już czeka ekipa telewizyjna z Katowic, która dała znać pogranicznikom. Rany Julek, wszyscy się uśmiechają! A więc to prawda: ustrój się zmienił. Podnoszą szlaban, telewizja filmuje, inny oficer pomaga wymienić pieniądze i kupić bony na benzynę. Ach, jak przyjemnie!

. . .

W ostatnich latach zdarzało mi się dwa razy przemknąć autostradowym przejściem cieszyńskim. Na granicy nie widać zasieków – zauważa się tylko tablice. Za każdym razem wspominam czule Cieszyn i żałuję, że nie mam czasu po nim pochodzić bez obaw i bez smutku. Wiem, że się bardzo zmienił, już nie jest zapchany do kąta.

A kiedy słyszę, że będzie tam wystawa o nas, o Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa – myślę sobie po prostu: o to nam chodziło. Europa jest wolna – a nam, Europejczykom, udało się pozbyć granic. Po raz pierwszy w historii. O tym w 1990 dopiero marzyłem. I cieszę się, że dożyłem.